Fundacja pomocy zwierzętom  Chow-Chow  
               
   Nasze adoptusie        Chow w potrzebie        Wirtualni           Tymczasowi        Darczyńcy    Sprawozdania

 

   Strona główna      Adopcje
 
 
 
 
 
 
Nie bójmy się adopcji starszych piesków.
    Przyjaciele.
Jesień ich życia nie musi być samotna. Czas pędzi do przodu, nie oszczędzając nikogo z nas. Upływa każdego dnia, dlatego staramy się wykorzystać życie jak najlepiej. Czas egzystencji naszych czworonożnych przyjaciół na ziemi jest krótszy, a mimo to moglibyśmy się od nich dużo uczyć. Im niewiele potrzeba do szczęścia - pełna miska, ciepły kąt, opiekuńczy właściciel...                                               
                                                                                                                                                aut. siwa mordka
 

    Mój pierwszy ukochany chow przegrał walkę z babeszjozą. Szalałam z rozpaczy. Przyrzekłam sobie, że już nigdy w życiu żadnego chowa,
 żadnego psa...
   Po jakimś czasie zaczęłam oglądać strony chowów, potem przyszedł czas na ogłoszenia. Nie chciałam szczeniaka bo czułam, że byłaby to jakaś zdrada wobec Shoguna. Po prostu oglądałam sobie fotki. Któregoś pięknego dnia trafiłam na ogłoszenie o sprzedaży 3-letniej suki. Byłam zszokowana, że ktoś sprzedaje dorosłego psa, więc zadzwoniłam. Dowiedziałam się, że sunia trafiła do  schroniska prawdopodobnie z powodu śmierci właścicielki. Ze schroniska wykupił ją Cygan i sprzedał obecnemu właścicielowi. Pan miał "hodowlę" ok.50 psów różnych ras, które nie zaakceptowały chowa. Trzymał więc ją w klatce na podwórku przez rok. Parę razy psina uciekała ale ją łapali. Szybko podjęłam decyzję i Pan hodowca zgodził się ją przywieźć. Kiedy przyjechał kazał mi ją wziąć z bagażnika bo najwyraźniej się bał, Scheila wyskoczyła jak dzikus, zrobiła ogromną kupę koło auta (prawdopodobnie ze strachu).
   Nawet nie możecie sobie wyobrazić co czułam mając znowu ciągnącego mnie chowa na smyczy! Biegała jak szalona ok.20minut i padła, nie mogła się podnieść. Przez rok nie miała żadnego ruchu i mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Mój mąż podchodzi do wszystkiego spokojniej niż ja i stwierdził, że ona ma więcej niż 3 lata. Pan powiedział, że pomyłeczka w ogłoszeniu bo ma 6 no i zapomniał zabrać rodowód (do dziś go nie dostałam). Gdyby miała nawet 15 lat już bym jej nie oddała chociaż śmierdziała jak skunks, chrumkała jak prosiak i szalała jak dzikus.
Wieczorem wzięłam szczotki i zaczęłam ją czesać wychodząc z założenia, że przecież na śmierć mnie nie zagryzie. Po kilku minutach wyłożyła się na plecy i uśmiechała się. Kiedy szliśmy spać podeszła i polizała mnie po ręce.
    Po kilku dniach zabrałam ją do weta na przegląd i szczepienie, nie chciała wychodzić z auta, żeby jej gdzieś nie zostawić, a kiedy wróciliśmy do domu po raz pierwszy widziałam jej szczerą radość. Nie miałam z nią większych kłopotów, trochę odchorowała zmianę jedzenia, cierpiała na reumatyzm itp. To normalka, czułam jednak pewien niedosyt, miałam wrażenie że ona jest taka miła, układna ale dlatego, że chce przetrwać a nie dlatego, że mnie kocha.
    Wtedy dzięki Arlenie trafiłam na forum. Akurat trwała akcja poszukiwania domu dla czarnego chowa. Zadzwoniłam do schroniska i na dzień dobry dowiedziałam się, że to nie jest pies dla każdego. Powiedziałam p. kierownikowi, że to co dla jednych jest wadą chowów dla mnie jest zaletą. Przełamaliśmy lody i dowiedziałam się, że psa znaleziono w lesie przybitego prętem do drzewa, że jest w okropnym stanie, prawie niewidomy, że czeka go czwarta operacja rogówki. Kiedy był już po tej operacji i mogłam go zabrać zepsuł nam się samochód. Pech. Ulitował się znajomy taksówkarz i zawiózł mnie do Poznania. Pod schroniskiem czekała na mnie Iwa. Byłyśmy strasznie ciekawe bo nikt go wcześniej nie widział. Przyprowadzili ostrzyżoną kruszynkę (14kg-5 lat). Tak mi się ręce trzęsły, że Iwa ubierała mu szelki. Z tego wszystkiego nie odwiozłam Iwy do domu (mąż za mnie przepraszał, że taki nie wychowaniec ze mnie). Piękny to ten mój nowy nabytek nie był. Nie potrafiłam mu wybrać imienia. Do głowy przychodziły mi same Belfegory, w końcu został Miszą. Długo śmierdział jak stado skunksów, ale pokochałam go od pierwszego wejrzenia, miłością bezgraniczną. Długo miałam z nim problemy. Wszystkiego się bał i siusiał po nogach. Za to z moim zwierzyńcem od razu się zaprzyjaźnił. Moje chowy są u mnie czwarty rok. Scheila potrzebowała bardzo dużo czasu, żeby się zupełnie otworzyć. Teraz pięknie się zapiera jak nie chce iść tam gdzie ja, mruczy pod nosem (nie są to komplementy) A ja jestem szczęśliwa. Misza jest jaki jest-wieczny niemowlak. Ostatnie osiągnięcie 9 letniego szczeniaczka to podawanie łapy-tylnej...Adoptowanie moich misiów to była naprawdę dobra decyzja. 
  Ja jestem szczęśliwa z nimi, a one ze mną.
 
aut. Iwona Muszyńska