Fundacja pomocy zwierzętom  Chow-Chow  
               
   Nasze adoptusie        Chow w potrzebie        Wirtualni           Tymczasowi        Darczyńcy    Sprawozdania

 

   Strona główna      Jessica Wojciechowska
 
 
   
 

Mam na imię Jessica , z wykształcenia jestem pedagogiem ze

specjalnością resocjalizacja, jak wiadomo jednak życie zmusza nas do

ciągłego podnoszenia kwalifikacji zawodowych więc skończyłam również prawo pracy, a teraz zaczęłam kształcenie w zawodzie technik weterynarii- tak dla siebie...Tak dla siebie jak mam chwilę czasu zajmuję się rękodziełem artystycznym - tj. biżuterią handmade oraz wykonaniem przedmiotów techniką decoupage.  

Od zawsze w moim życiu obecny jest najlepszy przyjaciel człowieka - PIES.

Najpierw srebrny pudelek miniaturka - sunia Dorle po 15 latach życia

odeszła za tęczowy most , później shih - tzu - piesek Antares który po

16 latach życia również udał się za tęczowy most...W międzyczasie 10

lat temu trafiłam w necie na hodowlę psiaków rasy Shar - pei i od razu

zakochałam się w tym pięknym pomarszczonym psiaku...Tak trafiła do mnie

Hoti - piękna sunia z charakterkiem nie od parady, mająca zawsze

"swoje zdanie", jak zawitała w progi naszego domku była 2

miesięcznym szczeniaczkiem, z racji tego iż wtedy studiowałam dziennie sunia studiowała razem ze mną i tak po trzech latach nie tylko ja miałam licencjat ale również Hotka;)Nie dane jednak było nam spędzić dużo czasu razem...Hotka miała 4,5 roku gdy odeszła za Tęczowy Most- wet nie zdiagnozował jej prawidłowo, zażyczyłam sobie sekcji przy której asystowałam okazało się że miała guz śledziony. Nawet jak teraz to piszę to łzy lecą same...Dom stał się pusty pomimo iż był w nim nie tylko Antares ale i dwa sharpaki - Gonzalito i Albert. Odejście Alberta również było niespodziewane także nowotwór. Po nim odszedł Antaresik w wieku lat 16.... I tak został nam tylko Gonzalito, który był strasznie samotny i smutny bez towarzystwa innych psiaków. Akurat zupełnie przypadkiem moja mama trafiła na ogłoszenie w gazecie że ktoś chce za przysłowiową złotówkę sprzedać

8- miesięcznego Yorka z rodowodem. Okazało się że była to likwidacja pseudohodowli...no i tak trafił do nas mały Lotek z Piekła;) York który nauczył mojego Gonzalita szczekać;)

Los potrzebujących zwierząt od zawsze leży mi na sercu i staram się pomagać jak tylko mogę. Najchętniej przygarnęłabym do siebie wszystkie te bidy...

Na stronę fundacji chow-chow trafiłam właściwie za sprawą mojego męża, który zawsze marzył o chowku...Tak też nawiązałam kontakt z Basią no i po wymianie kilku telefonów i szybkiej decyzji pod moją opiekę na DT trafiła sunia mix chow-chow, zabrana z prywatnego schronu w Radysach. Schron na 1600 psów, nie pozwolono nam nawet tam wejść, sunia bezimienna, wiek około 5 lat , spędziła 3 lata w schronie...Nie została wysterylizowana ani zachipowana - bo jak stwierdzili państwo właściciele-po co? przecież to boli....Nie wdawałam się w żadne dyskusje, szybko podpisałam świstek i biegiem do auta gdzie czekał mąż wraz z sunią. Sunia dostała imię wybrane przez mojego męża - Daisy;) narazie musi się do niego przyzwyczaić. Daisy śmierdziała jak stado skunksów, miała pchły i na dodatek ktoś ostrzygł ją "jak leciało". Daisy jest u nas od 2 listopada 2012 r. narazie dzielnie znosi zabiegi pielęgnacyjne tzn. kąpiele, wycinanie dredów , i czesanie...Nie za bardzo podoba jej się wycieranie łapek po każdym spacerze, ale jak widzi że Gonio i Lotek są w tej samej sytuacji łatwiej to znosi...Pięknie chodzi na smyczy, nie umie się bawić i trochę wybrzydza przy jedzeniu. Chrapaniem nie przebija Gonia - jednak w tej kwestii on jest mistrzem, za to prychaniem wyraża swoją dezaprobatę na każdego zapalonego przeze mnie papierosa i dzielnie pobiera od moich chłopaków nauki szczekania;)