Fundacja pomocy zwierzętom  Chow-Chow  
               
   Nasze adoptusie        Chow w potrzebie        Wirtualni           Tymczasowi        Darczyńcy    Sprawozdania

 

   Strona główna      Tamir

    

Od trzech tygodni po Zamościu wałęsają się dwa piękne , zadbane chowy. Psy są zdezorientowane i oszalałe ze strachu. Jednego udało się złapać i jest na kwarantannie w schronisku a drugi nadal biega po mieście. Złapany pies nie ma czipa. jest oszalały ze strachu i agresywny, więc nie sprawdzono czy ma tatuaż.

 Tamir już jest w drodze do Łeby.
 
 
Pies wybudził się po kastracji, bez problemów dał sobie założyć szeleczki i przenieść do samochodu.
                                                       

Misiek ma piękny, typowo chowkowy chód. Jest ogromny, ale skóra i kosteczki. Kolor płomienny. Sierściucha w fatalnym stanie. Nie jest łapczywy. Był bardzo głodny po całym dniu w podróży i wymiotach. Mimo to jadł z apetytem, ale po pańsku. Kiedy zaspokoił pierwszy głód , resztę zostawił sobie na potem.


Po pobycie w domu tymczasowym u Iwonki Tamir wyruszył na podbicie Warszawy.
 Shaza okazała się bardzo tolerancyjna - może czuje jak bardzo on się boi - ani razu nie warknęła, zachowuje pozory normalności. Na spacerze Shaza prowadziła , on dzielnie za nią.


                                                                                                                            
Jedyny zgrzyt był przy wyjściu z domu bo pchały się oba, a Shaza mu pokazała, że to ona tu rządzi i w związku z tym , to ona pierwsza wychodzi z domu.
Tamir przychodzi na głaskanki, bardzo mu się nowa rodzina podoba.
Teraz bardzo dokładnie sprawdza każdy centymetr ogrodu.
On już wie, że to jego DOM.
                                              

 Uczucie przyjaźni pomiędzy Tamirem i Shazzą weszło w fazę całusków. Dziś przed spacerem porannym stanęły pyszczkami do siebie, zetknęły się noskami, potem lekko skręciły główki tak że wąchały sobie nawzajem uszy. Po tej intymnej czynności niespodziewanie w podskokach ruszyły do furtki gotowe biec na spacer.
 
                                       Więcej fotek TUTAJ
 
Jak wiecie 06.05.2012 roku umarła moja Shazza. Wszystko odbyło się w zastraszającym tempie. W piątek o 7 rano widziałam ją pełną werwy, zadowoloną, podskakującą do zabawy. Z apetytem zjadła śniadanie i nic nie zapowiadało tego co nastąpiło 12 godzin później. Przez cały piątek zachowywała się normalnie (syn był w domu i często wychodził do psów do ogródka). O 18 :00 syn zawołał psy na jedzenie. Tamir wpałaszował swoje w mgnieniu oka , a Shazza nie chciała nawet przyjść do domu. O 19 : 00 zwymiotowała jakąś brunatną , śluzowatą wydzieliną. O 20 : 00 wróciłam z pracy i okazało się , że w ciągu ostatniej godziny Shazza wypiła potworną ilość wody i za każdym razem natychmiast po piciu następowały torsje - początkowo żółtą pianą potem białą wodnistą pianą. Natychmiast wpakowałam sukę do samochodu i pognaliśmy do weterynarza. Nie była w stanie przejść z samochodu do gabinetu ok. 20m. Musiałam ją nieść. Temperatura 38,5 , śluzówki prawidłowe. Badanie brzucha wykazało bardzo duże powiększenie wątroby. Biorąc pod uwagę że objawy chorobowe pojawiły się nagle i bardzo gwałtownie doszliśmy do wniosku że musiała zjeść coś wyjątkowo toksycznego. Otrzymała serię zastrzyków i na razie musiało to wystarczyć. Z zakazem picia i jedzenia wróciliśmy do domu umówieni już na kolejną wizytę w sobotę rano w celu pobrania krwi , co umożliwiłoby postawienie konkretnej diagnozy,
Noc przebiegła w miarę spokojnie, Shazza spała normalnie, ale raz na jakiś czas upominała się o wodę, której mogłam dać tylko ociupinę. W sobotę rano pobraliśmy krew , znów dostała kolejne zastrzyki i kroplówkę. Temperatura ciała o 8:00 38. Najbardziej niepokoił mnie fakt, że się nie załatwia. Cała maszyneria trawienna stanęła w miejscu. O 16:00 ponownie zjawiliśmy się u lekarza. Wyniki badań były złe. ASPAT zamiast 1-39 był 519, mocznik zamiast max 45 był 90. Reszta wyników w normie. Temperatura ciała o godz. 16:30 37,8. Znów dostała kroplówkę i zastrzyki. Po powrocie do domu jeszcze do 22 ;00 wszystko dawało szansę na wyleczenie - jeszcze się łudziłam. Do 1 w nocy dyżurował mój mąż, potem ja. Kiedy o 2 w nocy odmówiła nawet picia wiedziałam, że to koniec. O 4:00 leżąc wymiotowała krwistym śluzem i moim zdaniem już była nieprzytomna. Miała otwarte oczy, ale takie niewidzące. Leżałam przy niej i jedyne co mogłam zrobić to wycierać pyszczek, głaskać i trzymać za łapę. Nie mogę już pisać bo ryczę jak bawół.